Wytarłem mokre dłonie i twarz o ręcznik spoglądając w zadymione lustro. Moje odbicie było zniekształcone przez warstwę kurzu i smug na szkle. Mrugnąłem kilka razy próbując jeszcze raz przyjrzeć się swojej poobijanej twarzy ale zrezygnowałem. Ruszyłem w stronę pokoju.
Poranne słońce prześwitywało przez jasne firany kiedy siadałem za biurkiem. Otworzyłem gruby zeszyt oprawiony skórą; jego kartki, pożółkłe i stwardniałe od wody z trudem dawały siebie przewijać. Z coraz większą gulą w gardle brnąłem dalej, dalej, w coraz to jaśniejsze i miękkie strony, coraz nowsze, coraz mniej zapisane. Czułem, jak serce bije mi coraz szybciej.
Nie byłem pewny, czemu wczoraj zostałem pobity ale wiedziałem, że tuż po powrocie do domu musiałem coś zapisać w zeszycie, bo w końcu odzyskałem przytomność z twarzą na nim. Zbliżałem się już do zapisków sprzed kilku dni, ręce nie przestawały mi drżeć.
Jest.
Pierwsze, co zauważyłem, to data w rogu, napisana przerywanym pismem. Przełknąłem ślinę. Zdążyłem przeczytać kilka pierwszych strof wiersza, kiedy w moją głowę uderzył wręcz potok wspomnień. Zmrużyłem oczy lekko i próbowałem oddychać głęboko. Po kilku minutach powróciłem do czytania.
Nie zdążyłem doczytać połowy zdania, kiedy zauważyłem, że jego koniec znaczy kilka kropel krwi. Wstałem szybko z krzesła czując, jak moje wnętrzności się skręcają, a ja mam ochotę zwrócić wcześniej zjedzone śniadanie.
Znów wylądowałem przy umywalce obserwując głośny strumień wody wydobywający się z kranu. Podniosłem wzrok na lustro by spojrzeć na swoją twarz. Zlokalizowałem siniaka gdzieś między okiem a linią kości policzkowej, pękniętą dolną wargę i rozcięty łuk brwiowy z lewej strony, który prawdopodobnie zabrudził mój zeszyt. Szybko wyciągnąłem opatrunki z szafki, rana nie była duża, ale nie miałem ochoty dostać żadnego zakażenia. Powoli moja pamięć wracała do normy.
- Musiałeś znowu sprzedać twarde w złej dzielnicy geniuszu – mruknąłem do siebie jeszcze raz obserwując swoje liche oblicze. Z lustra spojrzała na mnie zmęczona, wychudzona, nędzna wręcz osoba, nie potrafiąca się sama obronić. Moja twarz wyglądała na bledszą niż zazwyczaj a oczy były jeszcze bardziej przekrwione.
Mimo, że po powrocie do mieszkania zasnąłem i tak nie mogłem odpędzić się od koszmarów.
Podniosłem się i szybkim krokiem podszedłem do biurka. Nie miałem ochoty czytać kolejnych strof wiersza, sam wygląd kartki przyprawiał mnie o mdłości. Zamknąłem zeszyt, złapałem płaszcz i wyszedłem szybko z mieszkania. Musiałem wyjść, złapać świeże powietrze do płuc, którymi w tej chwili tak ciężko mi się oddychało.
Miasto wręcz tętniło życiem, okazało się, że nie jest tak wcześnie, jak mi się wydawało. Oprócz tego, wiele osób posyłało mi niepewne spojrzenia i omijało mnie łukiem. Zagryzłem pękniętą wargę zasuwając czapkę bardziej na czoło. Im mniej widoczny byłem, tym lepiej. Po jakimś czasie bezsensownego chodzenia po parkach, obserwowania gołębi uciekających przed ludzkimi butami i słuchania głośnego trąbienia samochodów zauważyłem jeden z pobliskich fast foodów i poczułem, jak w moim gardle zawiązuje się pętla. Na śniadanie zjadłem nędzne jabłko i po kilku godzinach nie jedzenia poczułem głód. Wszedłem do tłocznego budynku.
W środku było ciasno, duszno i gorąco. Ściągnąłem czapkę z głowy i stanąłem w kolejce bez słowa. Powietrze ociężałe było wieloma zapachami, których nadmiar powodował u mnie lekkie zawroty głowy. Nagle jeden z nich wysunął się na prowadzenie, stał się najbardziej odczuwalny.
Wilkołak.
Przełknąłem ślinę czując metalowy posmak krwi. Musiałem wczoraj zagryźć sobie język, kiedy lądowałem na zimnym bruku po kilku ciosach. Po kilku minutach byłem pewny, że wilkołak stoi tuż za mną.
- Jesteś wilkołakiem. – usłyszałem za sobą lekko ochrypnięty głos, który spowodował, że przeszedł przeze mnie dreszcz. Odwróciłem się. Chłopak stojący za mną mierzył mnie spojrzeniem chłodnych, niebieskich oczu. Wyglądał jak mój rówieśnik, może nieco starszy; na pewno był wyższy ode mnie o kilka centymetrów. Miał bardzo jasne, platynowe włosy i kontrastujące, ciemne brwi. Nie potrafiłem odczytać żadnej emocji z jego twarzy więc odchrząknąłem wyprostowując się.
- Ty też. – mój głos brzmiał, jakbym krzyczał przez dobre kilka godzin, był bardziej jak szept niż jakakolwiek inny dźwięk. Chłopak odpowiedział mi sarkastycznym uśmiechem i przepchnął się przede mnie w kolejce. Dopiero po chwili się zorientowałem. – Hej!
Usłyszałem urywany śmiech i jasnowłosy stał już przy kasie. Poczułem, że robię się czerwony. Jak mogłem być taki naiwny i tak szybko się nabrać? Po jakimś czasie nadeszła moja kolej i złożyłem szybko zamówienie omijając jakikolwiek kontakt wzrokowy z kasjerką. Szybko zająłem miejsce jak najdalej od zgiełku, w rogu. Rozejrzałem się wokoło i prawie spadłem z krzesła kiedy zobaczyłem chłopaka z wcześniej siedzącego tuż obok. Teraz nie mogłem się cofnąć, zrobiłbym z siebie jeszcze większego debila niż poprzednio, choć nie wiem, czy byłoby to możliwe. Z resztą, jeśli jest wilkołakiem, to co mi zaszkodzi poznanie drugiego osobnika mojego gatunku? W całym swoim życiu poznałem tylko kilka wilkołaków a i tak żaden z nich nie miał ochoty kontynuować ze mną znajomości. Wbiłem wzrok w plastikowy kubeczek moich lodów mieszając w nich kilka razy zanim podniosłem wzrok na chłopaka.
- Everett. – powiedziałem cicho. Mój głos brzmiał już lepiej. Jasnowłosy spojrzał na mnie z podniesionymi brwiami. Pokazałem na siebie czując, jak wstyd pali mnie jeszcze bardziej. Cholera, w co ja się wpakowałem?, ale teraz było za późno, żeby się cofnąć. – Moje imię, jestem Everett. Everett Elijah Joshua Washington, jeżeli chcesz znać wszystkie imiona i nazwisko.
Nie byłem pewien, czy chłopak odejdzie ode mnie bez słowa, czy poda mi dłoń do uścisku, w każdym razie wyraz jego twarzy był całkowicie niepoczytalny. Przełknąłem jeszcze raz ślinę czekając na odpowiedź.
<Roy?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz